Projekt archiwistyczny mający za cel zebrać w jednym miejscu jak najwięcej informacji na temat książki "Błękitny Zamek" Lucy Maud Montgomery: historia wydania, tłumaczenia, adaptacje, recepcja.
Tytuł: Błękitny zamek / BŁĘKITNY ZAMEK / Błękitny Zamek
Autor: Lucy Maud Montgomery
Czas wydania: 2003
Tłumacz: "Przełożył: Tomasz Tesznar [1]"
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa (Kraków)
Druk: nieodnotowano
Strony: 206 [2]
Oprawa: miękka, błyszcząca
Okładka: "Projekt serii: Piotr Iwaszko; Ilustracja na okładce: Zbigniew Seweryn[2]; Opracowanie graficzne okładki: Adam Kiepura"
Inne:
– ISBN: 8373894942 (9788373894945)
– seria Czytaj z Sową!
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Rozkładówka:
Pierwsze strony:
[wszystkie powyższe skany zrobione i wyczyszczone przeze mnie]
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Blurb: Walencja Stirling uważana jest przede wszystkim za nieciekawą, nieco dziwaczną starą pannę. Terroryzowana przez matkę-despotkę i krąg konserwatywnych ciotek i wujów dziewczyna pewnego dnia dowiaduje się znienacka, że jest śmiertelnie chora/ Dlatego też postanawia odmienić swoje dotychczasowe zycie i uwolnić się od obowiązujących w jej domu konwenansów i rygorystycznych zasad. Czy znajdzie swoje szczęście u boku tajemniczego Barneya Snaitha, o którym w miasteczku krążą ponure historie i niezwykłe plotki? I czy potrwa ono dłużej niż jeden, dawany Walencji przez lekarza, rok?...
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Wypis z Urzędowego wykazu druków wydanych w Rzeczypospolitej Polskiej:
[1] Tomasz Tesznar, ur. 1975, poeta, tłumacz i aktor. Członek Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury*.
[2] Zbigniew Seweryn, urodzony w 1956 roku w Krakowie – malarz, ilustrator książek dla dzieci, studiował na wydziale Form Przemysłowych ASP Kraków. Tworzy w konwencji magicznego realizmu fantastycznego, bazując na precyzyjnej, wzorowanej na dawnych mistrzach technice obrazowania Hieronima Boscha, Rogiera Vander Weydena Hansa Memlinga. Przez wiele lat traktował malarstwo jako hobby, a na życie zaczął zarabiać jako ilustrator dopiero po czterdziestce, nie mając żadnych formalnych kwalifikacji, bazował jedynie na tym, że ilustracje podobały się wydawcy. Zilustrował kilkadziesiąt książek dla dzieci dla znaczących wydawnictw kraju jak Publicat, Wilga, Skrzat, Zielona Sowa, Buchmann. Od 1976 roku wystawia swoje prace malarskie zdobywając nagrody i wyróżnienia. Jego prace znajdują się w licznych galeriach i kolekcjach u osób prywatnych [Zob. oficjalną stronę Zbigniewa Seweryna, http://magicaldreams.com.pl/about.html].
Dzisiaj pozwolę sobie jednorazowo odejść od tematu Błękitnego Zamku. W końcu nie codziennie mamy okazję obejrzeć świeżutką, okraszoną ekscytacją niedawnej premiery adaptację książki Maud. I to jeszcze nie byle jakiej książki, w końcu tej, od której wszystko się zaczęło. Udało mi się kupić bilet i obejrzeć spektakl z 27 maja z godziny 10.00, także biegnę podzielić się wrażeniami.
Teatr ROMA odwiedzam w miarę możliwości regularnie (najczęściej na rewizyty Wicked, ale Nova Scena też nie jest mi całkiem obca) i zawsze wychodzę z niego zadowolona. Kiedy więc 20 marca otrzymałam mejla z newslettera opatrzonego obiecującym tytułem Nowy tytuł na Novej Scenie! a już w pierwszym akapicie przeczytałam zapowiedź odnośnienowego, wyjątkowego tytułu dla młodych widzów – „Ani z Zielonego Wzgórza” nie mogłam być bardziej ucieszona! Ekscytacja opadała niestety wprost proporcjonalnie do tego, jak długo wpatrywałam się w załączony do mejla baner, który potem okazał się być także plakatem spektaklu.
Grafika promocyjna załączona do newslettera Teatru Muzycznego ROMA z dnia 20 marca 2026.
Errata ejajowa (GenAI)
Ponieważ zanim zacznę pisać o samym przedstawieniu, czuję się w obowiązku zaadresować słonia w pokoju, czyli swąd AI unoszący się ostatnio nad ROMą. Instytucją kultury miasta stołecznego Warszawa, jak to jest powtarzane na początku każdego spektaklu. Instytucją, która najwyraźniej nie czuje się w obowiązku dorastać do standardów jakie sama sobie stawia, pretendując do tytułu największej i najbardziej znanej sceny musicalowej w Polsce. I jednocześnie generując sobie ilustrację za pomocą Adobe czy innego czata GPT, wklejając ją na swoje wszystkie social media a następnie nie ustosunkowując się do negatywnych komentarzy.
Widząc plakaty innych przedstawień z Novej Sceny (minimalistyczne, opierające się na grze jeden kolor główny + monochromatyczny logotyp) naprawdę trudno jest mi pojąć, co kierowało Karolem Mańkiem (który według programu jest za plakat odpowiedziany) a następnie kierownictwem teatru, że to zaakceptowali. Ponieważ jedyny komunikat jaki obecnie dociera do mnie z tego plakatu to ten mówiący o tym, że ktoś chciał zaoszczędzić. Na czasie i/lub pieniądzach.
Jeśli ktoś patrzy na ten plakat i nie widzi w nim nic dziwnego, proszę spojrzeć jeszcze raz. Są na nim błędy, których natura nie leżałaby w brakach warsztatowych tylko kompletnym niezrozumieniu przez algorytm generujący grafikę jak działa rzeczywistość.
Część włosów Ani uczesana jest w węzeł powyżej uszu. Jak jednak pasma powiewające na wietrze z niego wypadają? Nie jest to fizycznie możliwe; przy wysuwaniu się z fryzury, kosmyki powinny mieć swój początek przy skórze głowy a nie na wiązaniu. Jeżeli włosy są rozpuszczone: to skąd ten warkocz po prawej stronie? I dlaczego u góry wygląda luźniej a na dole już bardziej jak kłos? Znad prawego ramienia wychodzi ruda/pomarańczowa smuga... która w szerszym wariancie grafiki znowu zamieni się z powrotem we włosy.
Pomarańczowe plamy raz są włosami a raz bliżej nieokreślonym cieniowaniem. Szara łuna mogąca być czymkolwiek na wersji plakatowej na banerze urasta do rangi Rysów. Szaro-czerwone plamy koloru umiejscowione na prawo od Ani: czym są? Kamieniami? Domkami? Bo jedna wygląda bardziej jak kamień a druga bardziej jak daszek.
I przeraża mnie odrobinę przyzwolenie na korzystanie z generacyjnej sztucznej inteligencji przez tak wielkiego gracza na kulturalnym rynku jakim jest ROMA, ponieważ daje to przyzwolenie na takie samo zachowanie przez wszystkie inne instytucje kulturalne dysponujące mniejszymi budżetami. Jaki przykład idzie z góry, tak niedługo mogą wyglądać standardy. I nie jest to pierwszy raz, kiedy można złapać ROMę za rękę w tej kwestii. W Wicked, które absolutnie uwielbiam, nie mogę obecnie w spokoju oglądać scen w klasie Doktora Dillamonda, ponieważ patrzy na mnie naście wyplutych przez AI portretów zwierzęcych profesorów. Ani z czystym sumieniem patrzeć na wykon Dopóki cię mam z Dzień Dobry TVN, bo animacja w tle wygląda jakoś niepokojąco a moje zaufanie co do zawierzenia w tej kwestii kierownictwu teatru dramatycznie spadło. I ten brak zaufania będzie miał swoją kontynuację przy omawianiu scenografii w Ani..., ale o tym trochę dalej.
Także podsumowując tą kwestię: szłam na spektakl pełna wątpliwości o wartość produkcyjną. Ale jednocześnie z otwartą głową. Z trzeciej strony: zdążyły się w niej zagnieździć obietnice rapu połączonego z muzyką szkocką i irlandzką i na dodatek świadomość, że jest to przedstawienie dedykowane widzom od ósmego roku życia. Na pewno nie byłam najstarszą osobą na widowni, ale jednak zawyżałam średnią wieku.
Ania z... Domu o Białych Ścianach?
Nie tylko ścianach, ale też meblach, schodach, zastawie. Wszystkim. Wchodząc na Novą Scenę przez chwilę można odnieść wrażenie, że wkracza się w kolorowankę (wszechobecne drewno i starodawne wyposażenie odsuwa na szczęście skojarzenie ze stereotypowym zakładem zamkniętym oddziału psychiatrycznego). Scenografia (autorstwa Natalii Kołodziej) robi wrażenie od pierwszego wejrzenia.
Zdjęcia własne.
Za jeden z charakterystycznych elementów spektakli na Novej Scenie uznaję schody. Skoro nie można sceny poszerzyć ani wydłużyć, to ją powiększmy wzwyż! I tym razem elementem wyniesionym na balkony jest sypialnia Ani. Rozwiązaniem, którego się nie spodziewałam, a robiło fantastyczną robotę, okazała się ruchoma część sceny z aneksem kuchennym (na zdjęciach niestety tyłem, znajduje się tam piękny kredens, stół i krzesła) i płaskimi, rozkładanymi panelami z drugiej strony (to co widać na fotografiach). Po lewej stronie można natomiast patrzeć na coś, co mnie absolutnie oczarowało, czyli Królową Śniegu (chociaż jej nazwa ani razu w przedstawieniu nie pada). Kwiaty są automatycznie wprawiane w ruch i stają się fizyczną manifestacją odczuć bohaterów. Na dodatek ich środki to są żarówki, więc w niektórych momentach emanują własnym światłem. Chyba mój absolutnie ulubiony element scenografii, dla niego samego naprawdę warto się wybrać!
W ogóle reżyseria (Krzysztof Ganter) i realizacja (Marcin Białorudzki) światła jest niezwykle przemyślana. Kieruje oczami młodszych widzów, aby nawet w bardziej energetycznych scenach nie zgubili centrum akcji. A mi dawało to sygnał, że prawdopodobnie na drugim planie aktorzy mają swoje indywidualne, niezwykle śmieszne etiudki... Między poszczególnymi scenami całe pomieszczenie jest szybko wyciemniane i aktorzy mają parę sekund na przemieszczenie się. Za pomocą świateł o różnych kolorach jest też budowana głębia, co bardzo pomaga tak małej przestrzeni.
Odwołanie się do figury kolorowanki nie było przypadkowe, ponieważ cała scena jest kolorowana. Przez projekcje wyświetlane właśnie na tych obklejonych białym materiałem ścianach. I są... okej? Pozwala to na pewno na bardzo szybkie zmiany scenerii. Wiedząc jednak, że ROMA jest coraz bardziej AI-entuzjastyczna nie mogłam powstrzymać się od wypatrywania błędów: jakiś dublujących się sztachet płotu albo nienaturalnych okien. I nic takiego nie wypatrzyłam, także wierzę, że osoba odpowiedzialna za nie (Eliasz Styrna) naprawdę odwaliła kawał ciężkiej roboty. Po prostu (jak wyżej) moje zaufanie w tej kwestii zostało zachwiane.
Kostiumy (za które również odpowiedzialna była Natalia Kołodziej), tak jak zapewniano na stronie ROMy, odnoszą się do epoki w której dzieje się akcja (pod koniec spektaklu wyświetlane są skrawki gazet mówiące o wynikach egzaminów uczniów avonleańskiej szkoły i na nich można się doczytać roku 1905). Przynajmniej przez większą część czasu. Cieszą oko stonowane sukienki Maryli, fartuszek Ani wyciągnięty jakby z plakatu z Megan Follows, dystyngowany strój Małgorzaty Linde. Na ich tle odcina się może co najwyżej sukienka Diany, która jak dla mnie wyglądała trochę za bardzo jak poliester a trochę za mało jak satyna bądź jakiś inny, szlachetny materiał. Jednak tak jak kończy się akt pierwszy i widzowie mają chwilę, aby rozprostować nogi i wrócić do rzeczywistości, tak mam wrażenie, że kostiumografka również w tym momencie zrobiła sobie przerwę nad projektem. I w niej obejrzała wszystkie dostępne odcinki Bridgertonów (dla jasności: sama oglądam i jest to wspaniała rozrywka). A następnie postanowiła się zainspirować. Więc jednym z pierwszych widzianych kostiumów w akcie drugim jest nowa suknia Małgorzaty Linde, która jest... jest. Z błyszczącego brązowego materiału. Wykończona jakąś krato-koronką. Z półprzezroczystymi, jakby włochatymi, bufkami sukni. I to wszystko w cieniu gargantuicznego kapelusza. Naprawdę żałuję, że chyba nigdzie ten kostium nie był udostępniony, ponieważ patrzyłam się na niego podczas tej sceny jak zaczarowana.
I niestety poliestroza rozlała się na resztę aktorów a szczególne biedną Anię i jej sukienkę z bufiastymi rękawami. Oraz finałową stylizację, którą była bardzo zielona, bardzo prosta i bardzo błyszcząca sukienka. I bardzo pozbawiona bufiastych rękawów. Ale motyw ptaków origami na gorsie sukni, którą Ania dostaje podczas świąt, uznaję za niezwykle ciekawy detal.
Ania z... projekcji Bernsteinowej
Na tłumaczeniu Rozalii [sic!] Bernsteinowej Cezary Domagała oparł libretto musicalu. Spektakl zaczyna się od rozległego cytatu, który jest czytany przez narratora spoza sceny. Obrotowa część sceny kręci się w tym samym czasie, ujawniając przygotowującą kolację Marylę. Małgorzata Linde wypatruje przez okno na jadącego bryczką Mateusza. A odzierając opis z teatralnego czaru: patrzy na projekcję, po której przesuwa się model konia.
Dworek
pani Małgorzaty Linde stał w tym właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący
do Avonlea, opadał w dolinę otoczoną olchami i porosłą paprociami, poprzez
którą przerzynał się strumyk mający swe źródło het, daleko w lasach
otaczających dwór starego Cuthberta. Na początku swej wędrówki przez lasy
strumyk ów był bardzo kapryśny i swawolny, spływał kaskadami lub rozlewał się w
małe stawki, lecz zbliżając się do doliny Linde’ów stawał się coraz
spokojniejszym i dobrze ułożonym potokiem, bo nawet strumień, przemykając się w
pobliżu ogrodu pani Małgorzaty Linde, winien był pamiętać, „co wypada, a co nie
wypada”. Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że pani Małgorzata, siedząc
właśnie przy oknie, baczy czujnym wzrokiem na wszystko, co się dzieje wokoło,
począwszy od strumyków i dzieci, a jeśli zauważy coś niezwykłego, nie zazna spokoju,
dopóki nie dojdzie przyczyny i celu tej rzeczy [NK: 7]. [1]
Zdumienie Małgorzaty Linde
Rozmowa Maryli i Małgorzaty jest pierwszym songiem musicalu i nie sposób nie odczuć w nim współczesnego kontekstu. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat jak ja wychodziłam już z ROMy, tak reżyser oraz dwie aktorki wchodziły do radiowej Czwórki, więc miałam czego słuchać w drodze powrotnej. I od tej kwestii Domagała w ogóle wyszedł: że numer w którym Małgorzata próbuje przekonać Marylę, że obcy = zły miał taki być. Szczególnie fraza o zalewaniu obcymi jakoś utkwiła mi w pamięci, bo jest tak często powielaną kalką retoryczną porównującą ludzi do katastrofy naturalnej. A przecież tak być nie powinno.
Zdumienie Mateusza
Szczegółem wartym zauważenia jest to, że torba Ani ma urwane ucho, także musi ją trzymać w dość specyficzny sposób. Tak jak jest to wspomniane w książce. Niezrozumiałe jest więc to, czemu ta konkretna kwestia nie zostaje z niej przywołana – tylko ta mówiąca o wadze tobołka.
Potem następuje solo Ani, w którym ujawnia ona swoją marzycielską duszę Mateuszowi. Wtedy też po raz pierwszy uruchamia się mechaniczna wiśnia, absolutne cudo. Ale o ile siedząc na widowni po prostu dałam się porwać poruszającej piosence, tak teraz z perspektywy czasu brakuje mi w niej Mateusza. Który przez cały czas fizycznie stoi obok i co najwyżej spogląda kątem oka na Anię, ale nic ponad to. Nie wiedząc z książki, że Mateusz w tym momencie zaczyna pałać sympatią do dziewczynki, wygląda to niezręcznie. W ogóle wydaje mi się, że relacja Ani z Mateuszem nie jest zbyt wyeksploatowana w przedstawieniu.
Zdumienie Maryli Cuthbert
Trzecie scena i od razu trzecia piosenka (w musicalu jest ich aż osiemnaście!). Bardzo poruszająca. Ania śpiewa o tym, że nikt jej nie chciał, smutek i rozczarowanie zdecydowanie góruje nad gniewem na tą sytuację. Następny zgrzyt jaki jednak mam jest taki, że Mateusz i Maryla dołączają do niej. I tak jak Ania sama wprost mówić, że mogła się spodziewać, że skoro nikt jej nigdy nie chciał, więc czemu niby teraz miałoby być inaczej... To kiedy dorośli bohaterowie odwracają te zdania i mówią mniej więcej to, że ona mogła się spodziewać tego, że skoro nikt jej nigdy nie chciał, więc czemu niby oni mielibyśmy ją chcieć? Ała. Okrutny skutek tego, że aktorzy nie mogli naturalnie robić chórków bez zmiany tekstu na swoją perspektywę, ale wychodzi to odrobinę (odrobinę bardzo) oschle i nieczule.
Oczywiście nie może istnieć adaptacja Ani... bez kultowej sceny Kordelia-Anna-Ania-Andzia. Szczerze mówiąc, jakoś całkowicie zapomniałam akurat o tym, że nawet u Bernsteinowej ta Anna mimo wszystko się pojawia. I to aż ośmiokrotnie na przestrzeni całej powieści!
Jeśli
jednak pani chce koniecznie nazywać mnie Anną, proszę przynajmniej mówić „Aniu”
zamiast „Andziu” [NK: 30].
W tej wersji historii Ania opowiada swoje smutne dzieje podczas śniadania na Zielonym Wzgórzu. A robi to za pomocą utworu silnie inspirowanego irlandzkimi brzmieniami. Nawet tańczy tak, jak można sobie wyobrażać irlandzkie tańce. Także to był jeden element, który wziął mnie z zaskoczenia (chociaż teraz myślę, że idealnym pomysłem byłoby najpierw przesłuchać tą piosenkę z Ani a następnie Ród Stuartów z musicalu Błękitny Zamek, bo jakoś obie kultywują ten irlandzki sentyment w pisarstwie Maud). Drugim było to, że Ania śpiewa, że rodzice ją poczęli w małym, żółtym domku. Co mogło mieć miejsce, po prostu bardziej spodziewałam się (jeśli już) nawiązania do aktu urodzenia a nie poczęcia. Ale trzecim, najsilniejszym minizawałem było to, że kiedy scena się kręciła, to w pewnym momencie pojawili się na niej aktorzy przebrani za rodziców Ani. Cali w zielonych strojach, spleceni w uścisku, ustawieni tak, że niezbyt widać było ich twarze. Złapało za serduszko, nie powiem, złapało. A potem nawet pani Thomas dostała swoje parę linijek.
Co postanowiła Maryla
To jak bardzo przerażona była Maryla, kiedy pani Spencer wspomniała, że Ani nie trzeba odsyłać do sierocińca, bo bardzo chętnie weźmie ją pani Blewett – bezcenne. Myślałam, że Maryla dostanie w tym momencie jednego z dwóch ataków: paniki albo apopleksji. Albo nawet i obydwu na raz. Odraza z jaką później Cuthbertowie odnoszą się do pani Blewett jest tak prawdziwie zagrana, że nawet nie mając jej fizycznie na scenie widz widzi absolutnie okropne babsko oczami wyobraźni.
Tak, Marylo, ładnie się
urządziłaś! Czyś przypuszczała kiedykolwiek, że doczekasz się dnia, w którym
weźmiesz sierotkę na wychowanie? W istocie zadziwiające! Lecz daleko
dziwniejsze jest to, że przyczyną całej tej sprawy jest Mateusz, który tak śmiertelnie
bał się małych dziewczynek… Jakkolwiek się stało, podjęliśmy się trudnego
zadania i Bóg tylko wie, co z tego wszystkiego wyniknie [NK: 53].
Modlitwa Ani
Tutaj można zauważyć większe odejście od tekstu źródłowego, ponieważ to nie Maryla zachęca Anię do modlitwy, tylko ona sama z siebie zaczyna się modlić. I robi to pod postacią piosenki. Ona jest na podwyższeniu a'la facjatka, natomiast Maryla ciągle siedzi na poziomie podłogi na krześle. Nie zauważyłam jakiś znaków wskazujących na to, że słyszy tą modlitwę. Bardziej chyba ma to symbolizować długą noc na Zielonym Wzgórzu, które dla Ani staje się powiernikiem próśb i marzeń a dla Maryli świadkiem i oporą w podjęciu tej trudnej decyzji.
Ale nawet jeśli piosenka ma bardziej wydźwięk refleksyjny niż zabawowy, jak to oryginalna scena, to i tak trzeba było ją spuentować pomyłką Ani co do zakończenia modlitwy (chociaż tym razem nie z wyrazami szacunku a swojskim dobranoc).
Zaczyna się wychowanie Ani
W tej części zdawało mi się, że usłyszałam trzask karku Maryli, która tak agresywnie odkręciła się na kwestię Ani: Jak to dobrze, że jest taka
ładna! Jeżeli się jest brzydką, co u mnie nie da się już zmienić, przyjemnie
jest mieć choć ładną przyjaciółkę [NK: 62]. Maryla wydawała się oburzona tym, jak lekko Ania podchodzi do swojego wyglądu, w jak prosty sposób kategoryzuje siebie samą jako brzydulę. Powiedziałabym, że bardzo wymowna mikroekspresja – ale ruch był tak zamaszysty, że nazwanie go mikro byłoby niedopowiedzeniem.
Pominięta zostaje całkowicie kwestia Katie i Violetty oraz nauki modlitwy z obrazka, co ma sens, bo: patrz sekcja wyżej. Zostaje całkiem przepisana scena modlitwy.
Oburzenie pani Linde
Wydaje mi się, że tutaj mamy odegranie tekstów prawie że linijka w linijkę. Z jednym drobnym pominięciem, mianowicie Małgorzata nie wspomina o brzozowej rózdze. Potem pojawia się jeszcze wzmianka o klęczeniu na grochu za karę, ale tutaj też Cuthbertowie ostro odcinają się od stosowania kar cielesnych.
Napięcie podczas wybuchu Ani budowane jest za pomocą gitary elektrycznej, ale cały tekst jej monologu jest po prostu mówiony. Następny utwór zaczyna się dopiero podczas konfrontacji racji Ani z racjami Maryli na temat tego, jak należałoby rozwiązać tą sytuację. Podczas niej na scenę wbiega Mateusz, który dołącza do songu, oczywiście po stronie Ani, jednocześnie klepiąc ją po ramionach i starając się podnieść ją na duchu. To był jeden z bardziej energetycznych numerów do tej pory, nóżka sama chciała pochodzić.
Jako chórki wbiegają też tutaj pozostali aktorzy, grając po prostu tłum Avonlea. Z uwagi na ograniczoną ilość osób zaangażowanych (w sumie siedmioosobowa obsada) jest to powtarzający się motyw. I grając tłum aktorzy zwykle nie zmieniają strojów na mniej charakterystyczne (np. aktorka grająca Dianę przez cały pierwszy akt ma jedną, błękitną sukienkę), ale nie zdaje się to jakoś psuć wrażeń podczas oglądania.
Wyznanie winy
Mateusz wdrapuje się na podwyższenie z łóżkiem Ani i stara się ją przekonać. Niezwykle uroczy moment między tą dwójką, kiedy to Mateusz już schodzi a potem się cofa jeszcze o parę schodków, aby powiedzieć Ani, żeby może ich rozmowa zostałaby tajemnicą i Maryla o niej się niedowiedziała. Ania udaje wtedy, że zamyka usta na kluczy, który rzuca do Mateusza. Ten odgrywa złapanie go, sam również zasuwa swoje usta a następnie oba kluczyki chowa do kieszonki nad sercem.
A to jak Ania przeprasza Małgorzatę to absolutne kino. To w jak bardzo egzaltowany sposób zostaje przez aktorkę grającą Anię ta scena zasługuje na wszystkie oklaski i śmiechy jakich się doczekała. Uderzania dłońmi pełne niemocy o kolana pani Linde, pełzanie przy wpadaniu w otchłań rozpaczy, tak zamaszyste chodzenie na klęczkach, że aż podszewka Ani się wywinęła i jeszcze na dodatek barwna intonacja.
Było to bardzo brzydko, że
uniosłam się, dlatego że mi pani powiedziała prawdę… Mam rude włosy, jestem
piegowata, chuda i brzydka. To, co ja pani powiedziałam, jest również prawdą,
ale nie powinnam była jej mówić [NK: 76].
Nie pojawia się niestety wzmianka o kasztanowych włosach.
No i uśmiechnęłam się niezwykle na to, jak Małgorzata mówiła do Maryli Marylko.
Szkoła niedzielna ostatecznie się nie pojawia, ale za to scena mierzenia sukienki (w tym przypadku tylko jednej) już tak. Oczywiście Ania musi powiedzieć, że będzie sobie wyobrażać bufiaste rękawy. Stoi ona na krześle a przed nią jest Maryla, która akurat skończyła poprawiać jej sukienkę. I mówiąc o tych bufkach, Ania postanawia podciągnąć trochę rękawy samej Maryli, co jest komiczne.
Zamiast powiedzieć, że w nowej sukience Ania ma pójść do szkółki niedzielnej, Maryla przypomina jej o jutrzejszej szkole. Co Ania podsumowuje zbolałym westchnięciem. I wydaje mi się to sprzeczne z tym, jak Ania jest pisania zarówno przez samą Maud jak i w tym przedstawieniu, ostatecznie i tu i tu mamy do czynienia z prymuską uwielbiającą uczenie się.
Uroczysta przysięga i obietnica
— Cieszę się ogromnie, że
będziesz mieszkała na Zielonym Wzgórzu. Przyjemnie mi będzie mieć towarzyszkę
zabaw. Nie ma tu w sąsiedztwie żadnej dziewczynki, z którą mogłabym się bawić,
a siostry moje są jeszcze zbyt maleńkie [NK: 88].
Kolejna kwestia, która postawiła mi znaki zapytania nad głową a okazuje się, że jest wprost zaczerpnięta od Bernsteinowej. Czyli rzekome siostry Diany, mimo tego, że ma przecież tylko jedną. W oryginale jest to There isn’t any other girl who lives near enough to play with, and I’ve no sisters big enough*. Czyli nie chodziło tu o siostry posiadane przez Dianę tylko metaforyczne, nieistniejące, i właśnie w tym leżał problem.
Przysięga ograna jest w taki sposób, że Ania prowadzi piosenkę z jej treścią a Diana jest zawsze linijkę za nią, co ma symulować powtarzanie z książki. Piękne harmonie udało się uzyskać obu aktorkom i żadna z nich nie wypadła z rytmu.
Zostaje też oczywiście wzmianka o czekoladowych pastylkach. I to w jaki sposób Mateusz naśmiewa się z Maryli, która najpierw jest przez Anie przelotnie ucałowana i pali się rumieńcem a następnie czuje potrzebę tłumaczenia tego, że nie lubi chciwych ludzi, więc jak to dobrze, że Ania taka nie jest, ma w sobie wiele czaru. Tak, podśmiechiwanie się z rodzeństwa jest wpisane w ten rodzaj relacji bezterminowo. Także kąśliwe mówienie a nie mówiłem i wykręcanie na siebie ścierki było niezwykle ludzkim obudowaniem ich relacji. W powieści Montgomery oszczędza nam reakcji Mateusza, a szkoda, bo mogła wyglądać właśnie tak.
Przy wyjściu ze sceny Mateusz manewruje wskazówkami zegara będącego częścią scenografii, co będzie ważne w scenie następnej...
Rozkosze oczekiwania & Przyznanie się do winy
Może będę w mniejszości, ale z ulgą przyjęłam to, że zostaje nam w tej adaptacji oszczędzony epizod z broszką. Jest on dla mnie tak smutny i trudny do czytania za każdym razem. Po prostu niesprawiedliwość tej sytuacji wywraca mi wszystkie wnętrzności na drugą stronę.
Tutaj Ania podekscytowana wbiega do kuchni Zielonego Wzgórza i informuje Marylę o nadchodzącym pikniku. A Maryla wskazuje na świeżo co przestawiony przez Mateusza zegar i mówi jej, że się spóźniła. Ale i tak ostatecznie decyduje, że oczywiście, że Ania pójdzie na piknik. Gdy Ania martwi się tym, że przecież nie potrafi gotować, ta tylko się śmieje i mówi, że przygotuje jej wspaniały koszyk.
Wtedy zaczyna się numer zbiorowy kończący pierwszy akt. Wszyscy bohaterowie wybierają się na piknik, rozkładają koce, machają koszykami, a jak się siedzi w pierwszych rzędach w kolumnie od drzwi lub środkowej, to można nawet do nich zerknąć, bo zostają w pewnym momencie zostawione przez aktorów na schodkach prowadzących na widownię.
Burza w szkolnej szklance wody
Wreszcie na scenę wkracza Gilbert jako Gilbert! Bo wcześniej oczywiście aktor był angażowany w inne sceny, ale tutaj nareszcie może wcielić się w swoją główną rolę. I oberwać zeszytem a nie tabliczką do pisania za nazwanie Ani marchewką.
Pominięta zostaje historia z usadzaniem chłopców z dziewczynkami i cukrowym serduszkiem. Głównym powodem rzucenia szkoły staje się trzykrotne nazwanie przez pana Philipsa Ani Andzią.
Piosenka opisująca całą tą sytuację to w większości wymiana zdań między Marylą i Małgorzatą (tutaj już w tym oszałamiającym kostiumie, o którym pisałam wyżej), chociaż ja patrzyłam głównie na brzeg sceny, gdzie Gilbert miał swój własny epizod. Mianowicie udawał granie na gitarze elektrycznej za każdym razem, kiedy wlatywał refren Marchewka! Marchewka! Tylko z każdym kolejnym powtórzeniem coraz bardziej. Najpierw po prostu w powietrzu, potem robił tą pantomimę z wykorzystaniem krzesła, aby na sam koniec grać na sparaliżowanej Ani, którą oparł sobie na ramieniu. Za każdym refrenem była też ponownie odgrywana scena ciągnięcia za warkocze.
Nie wiem czy to w ten sposób Gilbert został tutaj napisany czy może to indywidualne wybory aktora. Ale miałam poczucie, że ta postać jest podszyta Aleksandrem Kwaśniewskim. Z musicalu 1989. Podobna płynność ruchów i ulizane włosy wystarczyły, abym nie mogę się pozbyć tego porównania. Może dlatego, że obie te postacie mają gdzieś tam w sobie ukryty gen jajcarza. Który jak już dojdzie do głosu, to za szybko nie umilknie.
Riffy napisane dla Małgorzaty w tej numerze... wow. Czuć zmianę tonalną między pierwszym a drugim aktem, nie wiem jak bardzo intencjonalną. Ale jest on o wiele bogatszy o współczesne brzmienia, współczesne kostiumy i współczesną choreografię.
Jakże się cieszę, że żyję na
świecie, w którym istnieje październik! [NK: 120]
No cóż, ten cytat to przedstawienia nie trafił.
Maryla natomiast wylatuje tak ucieszona z Zielonego Wzgórza, zostawiając Anię z jej gościnią, jakby wybierała się co najmniej na równie uroczy podwieczorek, a nie zebranie związku [Aid Society] w Carmody. Z uwagi na brak możliwości wczytania się w jej stan emocjonalny za pomocą uwag narratora, musicalowa Maryla musi być o wiele bardziej radosna na zewnątrz. Widać to, że z każdą następną sceną staje się coraz bardziej otwarta.
Znowu zrobię nawiązanie do musicalu Błękitny Zamek, ale Golnąć cosik śpiewane przez Ryczącego Abla i pijacka piosenka Diany mogłyby się złapać za rączki i miałyby wspaniały wspólny czas. Ogromne chapeau bas dla aktorki Diany, ponieważ granie pijanego nie jest wcale prostym zadaniem. A ona nie dość, że robiła to niesamowicie naturalnie, to jeszcze ani razu nie przesadziła i nie zrobiła sobie krzywdy bujając się nad widownią z pierwszych rzędów. Ani nie pękła przy żadnym pijackim łuu-łuu.
To z jaką furią Maryla podchodzi do układania naczyń po rozmowie z panią Barry (która dzieje się w tzw. międzyczasie, od razu od wyjścia Diany przechodzimy do rozmowy Maryli z Anią) można porównać tylko z oburzeniem na panią Blewett.
Nowy cel w życiu
Nie ma sceny rozstania dziewczynek. Ania wraca do szkoły, aby móc widywać się z Dianą, ale ani nie wchodzą w interakcję, ani nie ma wzmianki o interwencji mamy Diany co do ich kontaktów na szkolnym gruncie.
Kolejna piosenka, łącząca w sobie rywalizację o tytuł prymusa w szkole jak i próby pogodzenia się Gilberta z Anią, spełzające na niczym.
Ania w roli zbawcy
— Nie płacz, Dianuś — uspokajała Ania. — Ja wiem
doskonale, jak się leczy krup. Zapominasz, że pani Hammond miała trzykrotnie
bliźnięta. Kiedy się było piastunką trzech par bliźniąt, można mieć
doświadczenie. One wszystkie po kolei przechodziły krup. Poczekaj chwilę,
zabiorę buteleczkę z ipekakuaną… wy pewnie nie macie tego środka w domu… A
teraz chodźmy czym prędzej! [NK: 140]
Diana wpada i po chwili wypada ze sceny z Anią. Nie ma momentu leczenia Minnie May ani wspomnienia o spotkaniu z premierem. Bo wygaszeniu świateł następną sceną jest przebudzenie się Ani, kiedy już Maryla jest w domu, kiedy ta informuje ją o przeprosinach pani Barry.
Koncert, katastrofa i wyznanie
Żegnaj ciotko Józefino. Pojawi się ona tylko w kontekście obdarowania Ani butami na gwiazdkę, ale bez znajomości tej historii trudno domyślić się, czemu jakaś krewna Barrych miałaby wysyłać Ani prezent świąteczny.
Nie ma też deklamacji Gilberta ani w ogóle tego koncertu.
Bezdroża wyobraźni
Moje bezdroża wyobraźni doprowadziły mnie do tego, że Las Strachów nawiedza labubu... Które śpiewa!
Nowe zastosowanie kropli walerianowych & Odwiedziny Ani u pastorostwa
Kolejny wątek poświęcony w adaptacji. Pani Allan jest później wymieniana między wierszami, ale nie ma większego wprowadzenia tej postaci.
Ofiara Ani dla sprawy honorowej
Jak wyżej – nie ma. Diana jest jedyną dziewczynką z która rozmawia Ania. Znowu: Józia, Karolek i reszta są wspominani podczas wymieniania listy seminarzystów, ale nie są obecni na scenie.
Wychowankowie panny Stacy urządzają koncert
Ania zapowiada Mateuszowi i Maryli koncert. Ma też razem z Mateuszem krótką i uroczą interakcję opierającą się znowu na pastylkach czekoladowych. Zostaje wprowadzona panna Stacy, chociaż bardziej jako ekscentryczna nauczycielka niż pokrewna dusza. Teraz mi się wydaje, że w całym przedstawieniu pokrewne dusze nie są chyba ani razu wspomniane...
Mateusz rzecznikiem bufiastych rękawów
Mateuszowi zastaje oszczędzona jazda po sklepach i wyprawa do Małgorzaty Linde. Maryla zdaje się ponadto wiedzieć o prezencie, jakby w tej wersji miałby to być podarek od obojga z rodzeństwa. Nie robi ona wyrzutów Mateuszowi tylko pomaga się ubrać Ani na scenie. Mateusz w tym czasie chodzi w czapce świętego Mikołaja i ciągle powtarza, że to właśnie on przyniósł wszystkie prezenty. W odróżnieniu od powieści, w której święty Mikołaj się nie pojawia. Możliwe, że jest to motyw dopisany z myślą o najmłodszych widzach, którzy ciągle wierzą w magię świąt i świętego Mikołaja, których reżyser nie chciał zanadto uświadamiać.
Ania od razu zmienia również buty na te, przysłane przez ciotkę Józefinę i dostarczone przez Dianę. Ona też doczekała się zmiany kostiumu – z błękitnej sukienki za kolano przechodzi w długą do ziemi suknię w odcieniu pudrowego różu. O wiele bardziej dystyngowaną i dorosłą, co ma podkreślać upływ czasu.
Jako koncert śpiewana jest autorska świąteczna piosenka oraz fragment Wśród nocnej ciszy. Kiedy Diana i Ania ustawiają się do prześpiewania swoich partii solowych Maryla i Mateusz siadają na schodkach prowadzących na widownię i wtapiają się w nią. Widziałam jak aktorka grająca Marylę próbowała pogaworzyć z dzieckiem siedzącym na rogu jednego z pierwszych rzędów, niezwykle urocze.
Żeby to nie był koniec interakcji aktorów z widownią, aktor grający głównie Gilberta w tej scenie odtwarza rolę Mikołaja i wyciąga z wielkiego worka prezenty. Ostatnim z nich jest opakowanie ptasiego mleczka, które trafiło do jednego z dzieci siedzących na widowni. Widać, że Wedel jest jednym z partnerów. Ciekawe, czy będzie to stały element choreografii. Czy może, tak samo jak stoisko MACa, na którym można było sobie w antrakcie Wicked pomalować usta na zielono, utrzyma się jedynie przez krótki czas na początku grania spektaklu.
Cała ta sekwencja kończy się rozmową Maryli i Mateusza na temat późniejszej edukacji Ani.
Jeżeli jedynymi uczniami na scenie są Ania, Diana i Gilbert, to trudno o odegranie pełnoprawnego klubu powieściowego.
Próżność ukarana
Bez zielonych włosów jednak nie mogło się obyć! Według programu Zielone włosy to pierwsza piosenka napisana na potrzeby przedstawienia. Zawiera też intertekst łączący Dużą i Małą Scenę, który od razu musiałam sobie zapisać, aby przypadkiem mi nie umknął:
A: Więc nie uniknę obcięcie włosów?
M: Chyba że zagrasz na Dużej Scenie!
[na saksofonie wygrywany jest motyw z Wicked, Polular / Wzięcie mieć, odpowiadający linijkom: Wzięcie mieć, nauczę cię wzięcie mieć!]
M: [przerzucając włosy z ramienia za ramię, naśladując postać Galindy] Szuch-szuch!
A: ...raczej nie mam szans, więc utnijmy je natychmiast Marylo!
No nie powiem, wzięło mnie z absolutnego zaskoczenia. Ale na plus, lubię interteksty które znam!
Niefortunne przedstawienie
Nie ma. Przez co Gilberta można zauważyć właściwie tylko na samym początku tego aktu i w finale, oprócz tego nie pojawia się. Na czym przeokropnie cierpi budowanie relacji między nim a Anią.
Epoka w życiu Ani
Ponownie: nie ma ciotki Józefiny, nie ma wyjazdu do miasta.
Utworzenie kompletu seminarzystów & Zwierzenia
Pominięty jest fakt zawiązania kompletu seminarzystów jak i to, jak przebiegała edukacja w Avonlea, od razu widz przeskakuje do...
Zakończenia roku szkolnego, już po egzaminach do seminarium nauczycielskiego. Zarówno Diana jak i Ania potwornie płaczą i nie mogą się pogodzić z zakończoną epoką.
Diana wychodzi na sekundę ze sceny, tylko po to, aby po chwili wrócić z gazetą i ogłosić to, że Ania zdała najlepiej z 200 egzaminowanych a jej nazwisko jest przed Gilbertem.
Koncert w hotelu
Pominięte.
Seminarzystka & Zima w seminarium
Prosiłam
panią Allan, będąc w zeszłym tygodniu w mieście, aby mi pomogła wybrać
odpowiedni materiał, i zamierzam oddać tę suknię do uszycia Emilii Gillis. Ma
ona bardzo wiele gustu, a co do kroju nie ma sobie równej. [NK: 269]
Od razu z informacji o dostaniu się do seminarium przechodzimy do wyprawki Ani. Mateusz wciska jej do torby (tej samej co z samego początku spektaklu) butelkę soku malinowego. Maryla mówi o nowej sukni i o tym, jak bardzo Ania wyrosła.
Mateusz zamiast przechadzać się po topolowej alei śpiewa o swoim i Maryli rudowłosym szczęściu. Wiedząc, że jesteśmy jakieś 15 minut od zakończenia przedstawienia oczy mogą powoli zacząć się szklić, wiedząc, co jest nieuniknione.
Pominięte jest życie Ani jako studentki, jej starania o stypendium i ewolucja odczuć w stosunku do Gilberta.
Sława i marzenie
Tak więc od razu po piosence Mateusza na scenę wraca Ania w nowej, zielonej sukni i koczkiem na głowie, co ma unaoczniać upływ czasu. Ania widzi jak bardzo postarzeli się Mateusz z Marylą, pyta ich, czy może nie woleliby jednak, aby pani Spencer przywiozła im lata temu obiecanego chłopca.
— Ja zaś, Aniu,
stokroć wolę ciebie od całego tuzina chłopców — odpowiedział Mateusz gładząc
jej dłoń. — Zapamiętaj sobie… od tuzina chłopców. Czy któryś z chłopców zdobył
może stypendium Avery’ego, co? [NK: 285]
Stypendium Avery'ego pojawia się tutaj po raz pierwszy i przez brak wyraźnie zaznaczonego upływu czasu, wydaje mi się, że młodszy odbiorca może zrozumieć, że chodzi tutaj o jakąś nagrodę za bycie pierwszą na liście 200 a nie następne osiągnięcie zdobyte już na kolejnym szczeblu edukacji. Im dalej w akt drugi tym bardziej akcja pędzi, ale w tym momencie zdaje się to być najbardziej sklejone na ślinę.
Po raz pierwszy wspomniane są bóle Maryli związane z oczami i oszczędności złożone w banku.
Żniwiarz, którego imię to Śmierć
Kiedy Mateusz upadł martwy z gazetą na podłogę sceny a cała sala została znowu wyciemniona chłopcy z wycieczki szkolnej siedzący obok mnie zaczęli entuzjastycznie bić brawo, próbując najwyraźniej zachęcić resztę widowni do dołączenia się. No mi bliżej było do padnięcia trupem z zażenowania obok Mateusza, ale najwyraźniej mam inną wrażliwość.
Taka reakcja nie powinna zostać wywołana decyzjami realizatorskimi, bo całość utrzymana jest w dość poważnej i dramatycznej estetyce, z Anią łkającą najpierw z Dianą na facjatce a potem wtulona w Marylę. Podobało mi się, że gdy Diana mijała Marylę na schodach, to ją również pocieszycielsko ścisnęła za ramię.
Zakręt na drodze
Kolejne cięcie, przejście do Maryli załamującej ręce nad stołem, myślącej nad sprzedażą Zielonego Wzgórza. Ania, kiedy tylko o tym słyszy, zgłasza sprzeciw. Zaczyna się jedna z finałowych piosenek, Nie pojadę do Redmond.
Przecież ty dla mnie jesteś jak mama/ Razem będziemy żyć każdą chwilą – słuchając w dniu wypuszczenia singla nie trzepnęło to mną tak mocno jak podczas spektaklu. Jednak to, że Maryla siedzi oparta o stół a Ania mości się w jej nogach i trzyma za ręce potrafi bardzo spotęgować wzruszenie. I też to, że Mateusz stoi w tle na schodach na pięterko, tylko w odróżnieniu od żółtego światła, które pada na Anię i Marylę, w niego skierowany jest niebieski reflektor.
Z innej strony: śpiewanie, że wszystko co dobre pochodzi stąd nie współgra z pierwszą piosenką musicalu, w której ci nie stąd, ci obcy mieli być źli, ale całe przedstawienie miało udowadniać tezę odwrotną. Ale jeśli wszystko co dobre jest stąd (Zielonego Wzgórza? Avonlea?) to czy nie jest to równoznaczne twierdzeniu, że wszystko stamtąd jest złe?
Pani Linde oczywiście przychodzi na Zielone Wzgórze, aby powiedzieć Ani o zwolnionej posadzie nauczycielki w Avonlea. A Ania przerywa rozmowę, aby sprawdzić, czego chce od niej Diana wysyłająca sygnały świetlne oknem. Tyle tylko, że one nigdzie wcześniej się nie pojawiają, więc na samym końcu zostają wprowadzone jako nowy element.
Ania z... uniwersytetu?
Spektakl kończy się repryzą piosenki śpiewaną przez Anię na samym początku na stacji Mateuszowi, jak to nie chce zbudzić się ze snu i śni na przykład o welonie z kwiecia Królowej Śniegu. Tylko tym razem kieruje ją nie do Mateusza tylko do Gilberta. Który schodzi na scenę z widowni i dołącza do śpiewu. Co zakładam miało być romantycznym numerem. Ale na przestrzeni całego przedstawienia nawet nie tyle co ze sobą rywalizuje co po prostu nie ma interakcji. Więc nagłe stwierdzenie, że to jednak miała być para romantyczna, która się obejmuje, trzyma za ręce, ściska a w ostatniej sekundzie nawet całuje – opiera się na dobrej woli widza i tym, że zna książkę.
Według mnie nie było to absolutnie potrzebne, to tak jakby ktoś (reżyser) do Ani z Zielonego Wzgórza dokleił dosłownie ostatnią stronę Ani na uniwersytecie, na której Ania z Gilbertem w końcu się schodzą i zostają parą. To ja w takim razie poproszę ciąg dalszy, zlicencjonujcie ROMo Anne & Gilbert albo stwórzcie coś autorskiego, ale proszę nie rzucać we mnie fanservisem na ostatnie dwie minuty...
Ania z.... wnioskami końcowymi
Bawiłam się przednio. Na pewno wrócę na jesieni, aby sprawdzić alternatywne obsady.
Chociaż moja Ania (Antonina Domagała) była fenomenalna. Tyle co jej się działo w oczach to dawno nie widziałam. I miała genialną dykcję, słyszałam każdą jedną głoskę. Marta Wiejak i Krzysztof Cybiński jako Cuthbertowie byli poważni, kiedy trzeba było, i byli śmiesznym rodzeństwem, kiedy trzeba było. Izabela Bujniewicz w roli Małgorzaty miała tak potężny głos, że nie wiedziałam, że tak się da. Diana Patrycji Serwatki pływa po scenie, ma w sobie mnóstwo dziewczęcego wdzięku i uroku, a jak się poleje odpowiednią ilość soku malinowego to i pieprzu. Krzysztof Róg jako Gilbert podszyty Aleksandrem Kwaśniewskim nie wyjdzie mi z głowy, prawdziwy gamechanger. I Karolina Michalik, według strony ROMy, jako pani Spencer, ale tak naprawdę jako człowiek orkiestra od wszystkich mniejszych, epizodycznych ról – podziwiam nieskończenie.
Mimo tego, że razem ze mną na sali były chyba aż cztery grupy szkolne, to nie musiałam nikomu zwracać uwagi na kopanie fotela ani przeszkadzanie. Idąc na pokaz przedpołudniowy trzeba być przygotowanym na publikę złożoną z grup zorganizowanych, ale przedstawienie jest na tyle interesujące, że nie powinien w jego trakcie odbyć się jakiś bunt zorganizowany przez dzieci, które trafiły do teatru za karę. Nawet maluszki poniżej 8 roku życia, które przyszły z mamami, wydawały się oczarowane.
I ja też się dałam oczarować, mimo wszystkich powyższych uszczypliwości. I pewnie powrócę nie tylko do teatru na spektakl, ale też do niektórych piosenek, jak już zawitają na streamingach.
Fragment newslettera Teatru Muzycznego ROMA z dnia 27 marca 2026.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
[1] Wszystkie cytaty z: Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza, przeł. Rozalia Bernsteinowa, Nasza Księgarnia, Warszawa 1956, wyd. 9 [1991].
[wszystkie powyższe skany zrobione i wyczyszczone przeze mnie]
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Blurb: Cykl dziesięciu opowieści o Ani z Zielonego Wzgórza: Ania z Zielonego Wzgórza, Ania z Avonlea, Ania na uniwersytecie, Ania z Szumiących Topoli, Wymarzony dom ani, Ania ze Złotego Brzegu, Dolina Tęczy, Rilla ze Złotego Brzegu, Opowieści z Avonlea, Pożegnanie z Avonlea oraz inne Błękitny Zamek, Jana ze Wzgórza Latarni, Dzban ciotki Becky, Czary Marigold, Pat ze Srebrnego Gaju, Miłość Pat, Wakacje na starej farmie, Złoty gościniec, Emilka z Księżycowego Nowiu, Emilka szuka swojej gwiazdy, Dorosłe życie Emilki, Kilmeny ze starego sadu.
Polecamy biografię L.M. Montgomery Maud z Wyspy Księcia Edwarda (Mollie Gillen); pamiętniki L.M. Montgomery Krajobraz dzieciństwa (1889–1897), Uwięziona dusza (1898–1910), Chwile smutku, chwile szczęścia (1910–1916), Godzina cieni (1916–1921)[2].
Błękitny Zamek to opowieść o Joannie Stirling, dziewczynie uważanej za brzydką starą pannę. Kiedy dowiaduje się ona, że ma przed sobą zaledwie rok życia, postanawia przeżyć go inaczej niż do tej pory – namiętnie i bez zahamowań.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Wypisy z Urzędowego wykazu druków wydanych w Rzeczypospolitej Polskiej:
[1] Janusz Obłucki (1965-2013), ukończył ASP w Warszawie uzyskując dyplom w 1983 roku. Studiował na Wydziale Grafiki w Pracowni Projektowania Graficznego prof. Henryka Tomaszewskiego. Zajmuje się plakatem, ilustracją książkową i rysunkiem satyrycznym, filmem animowanym i fotografią, opracowaniami graficzno-poligraficznymi, projektuje książki w wersji elektronicznej*.
[2] Mimo reklamowania się nimi na okładce, w Polsce nigdy nie ukazały się następne tomy pamiętników Maud po Uwięzionej duszy.
Kiedy na samym początku bloga projektowałam metryczkę, która zawsze pojawia się w postach dotyczących różnych wydań Błękitnego Zamku, wiedziałam, że będę chciała tam jako osobną kategorię wprowadzić miejsce na tytuł. Co może wydawać się odrobinę nadgorliwe, w końcu za każdym razem brzmienie tegoż jest identyczne, nie mamy żadnego Niebieskiego Zamku lub Błękitnego Pałacu. A mimo wszystko jest pewien szczegół, różniący się między wydaniami, który jakoś personalnie mnie uwiera. I jest nim wielkość liter.
Na początku i dla porządku rozpracujmy: czym jest tytułowy the Blue Castle?
Jest to nazwa własna opisująca wyśnione przez Valancy miejsce, służące jej do ucieczki od rzeczywistości (a później również jako nazwa domu Barneya). Nie jest to jedynie stwierdzenie faktu, że wyobrażony zamek był takiego a nie innego koloru. Z perspektywy samego angielskiego tytułu, może to nie być do końca jasne. Anglosaska strategia wydawania książek nakazuje zapisywanie wszystkich słów w tytule niebędących spójnikami i przedrostkami wersalikami, wielkimi literami. Samo wnętrze powieści nie pozostawia jednak złudzeń. W książce nigdy nie pojawia się zbitka blue castle jako opis wyimaginowanego zamku. Fraza przywoływana jest tylko pod postacią the Blue Castle, czyli, tak jak już wcześniej wspomniałam – nazwy własnej. Tak naprawdę, pomijając nadaną nazwę, tylko raz na przestrzeni powieści można natknąć się na opis zewnętrza zamku pod kątem koloru:
In dreamland nothing would do Valancy but a castle of pale sapphire. [Project Gutenberg] [1]
Powracając jednak do kwestii tytułu: rozwiązanie powinno być proste i w zasadzie oczywiste. Jeśli tytuł jest nazwą własną i ta sama nazwa własna pojawia się w tekście właściwym powieści pod postacią Błękitny Zamek, to tytuł, analogicznie, również powinien tak wyglądać. Jednak tak się nie stało. Nie zawsze.
Biorąc pod uwagę tylko 21 fizycznych wydań Błękitnego Zamku, w 11 z nich obecny jest Zamek, w 6 zamek a w 4 przypadkach tytuł na okładce zapisany jest fontem uniemożliwiającym rozróżnianie wielkości liter. Po uwzględnieniu wydań elektronicznych i audio proporcje rozkładają się mniej więcej po 1/3 dla każdej z opcji. Nie jest również tak, że np. tylko przekład Karola B. i jego przedruki są zamkowe a nie Zamkowe, trudno znaleźć jakąś regułę w tytułowaniu książki przez wydawców.
Jest to szczegół, który jakoś bardzo mocno mnie razi, ponieważ już od początku wskazuje na to, że wydawca podchodzi niechlujnie do sprzedawanego tytułu. Albo nie zna zasad polskiej ortografii.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
A skąd w ogóle Maud wzięła Błękitny Zamek?
Nie jest to termin ukuty przez nią na potrzeby powieści. Jest on zainspirowany frazą ze starofrancuskiego poematu. Cytując przypis pojawiający się The Blue Castle. The Original Manusript po frazie the Blue Castle in Spain:
"Castle in Spain" is a reference to daydreaming, fantasizing, "building castle in the air." The phrase first appeared in "The Romance of the Rose", a poem written in France in the thirteenth century that gained popularity in Europe in the Middle Ages: "Thou shalt make castles then in Spaine, And dreame of joy, all but in vaine."[2]
W oryginale dwuwiersz ten brzmi tak:
Lors feras chatiaus en Espaigne, Et auras joie de noient [3]
W Polsce The Romance of the Rose ukazało się w tłumaczeniu ze starofrancuskiego autorstwa Małgorzaty Frankowskiej-Terleckiej i Teresy Giermak-Zielińskiej pod tytułem Powieść o Róży (Państwowy Instytut Wydawniczy, 1997). Jest to wybór i te konkretne wersy chyba niestety do niego nie trafiły (albo nie udało mi się ich namierzyć).
Więcej na temat występowania zwrotu castle in Spain w twórczości Montgomery i spekulacji na temat inspiracji, które doprowadziły do takiego brzmienia tytułu, można dowiedzieć się z artykułu Mary Beth Cavert Why is The Blue Castle about a castle (and why is it blue)? (“Shining Scroll” 2018).
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
[1] W polskim przekładzie: W krainie marzeń Valancy nie zadowoliłoby nic poza zamkiem z bladego szafiru [tłum. Kaja Makowska, Marginesy, Warszawa 2025, s. 29].
[2] Lucy Maud Montgomery, The Blue Castle. The Original Manuscript, ed. Carolyn Strom Collins, Nimbus Publishing Limited, Kanada 2024, s. 18.
W ebooku dostępnym na stronie Projektu Gutenberg (powstałym na bazie wydania z 1899) fragment ten występuje w innej formie zapisu: Thou shalt make castels than in Spayne,/ And dreme of Ioye, al but in vayne.
[wszystkie powyższe skany zrobione i wyczyszczone przeze mnie]
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Blurp: "Kolekcja z Zielonego Wzgórza" to seria książek kanadyjskiej pisarki Lucy Maud Montgomery. Światowa klasyka literatury dla dzieci i młodzieży oraz niestarzejący się bestseller, od stu lat zyskujący nowe rzesze wiernych czytelników. Valancy nie poszczęściło się w życiu. Dobiega trzydziestki, a wciąż nie zaznała prawdziwej miłości i smaku przygody. Prowadzi nudną egzystencję starej panny, mieszkając pod jednym dachem z nadopiekuńczą matką i wścibską ciotką. Na szczęście nigdy nie jest za późno, by odmienić swój los. Valancy dostaje taką szansę, gdy nagle otrzymuje list o bardzo niepokojącej treści - przed nią otworem staje zupełnie nowy świat: pełen uroku, tajemnic i niespodzianek, przekraczających jej najśmielsze oczekiwania... Kultowa wśród miłośników twórczości Lucy Maud Montgomery książka. Wzruszająca, zabawna, magiczna i zaskakująca opowieść o tym, jak być sobą, skąd czerpać siłę, by osiągnąć cel i spełnić najskrytsze marzenia – dla czytelników w każdym wieku! Kolejne tomy co drugi wtorek w kiosku!
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Wypis z Urzędowego wykazu druków wydanych w Rzeczypospolitej Polskiej:
[1] Biogram Agnieszki Kuc z: Kanon od nowa – Anne of Green Gables Lucy Maud Montgomery, [w:] 110 lat Anne of Green Gables Lucy Maud Montgomery w Polsce. Recepcja, przekłady, nowe odczytania i perspektywy badawcze, red. Agnieszka Kwiatkowska, Ewa Rajewska, Aleksandra Wieczorkiewicz, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2024.
[P]ani Agnieszka Kuc jest związana z Poznaniem. Jest lektorką języka angielskiego i tłumaczką literacką, redaktorką, autorką publikacji z dziedziny nauczania języków obcych. Jest absolwentką poznańskiej anglistyki oraz Studium Przekładu Literackiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadzi specjalistyczne lektoraty dla historyków sztuki i historyków na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Pracuje ze studentami o dodatkowych potrzebach edukacyjnych, w tym z dysleksją, ze spektrum autyzmu czy trudnościami natury psychicznej. Tłumaczyła m.in. prozę Alice Munro i twórczość Lucy Maud Montgomery: Anię z Szumiących Topoli, Błękitny Zamek, dwa opowiadania z tomu Pożegnanie z Avonlea, redagowała i uzupełniała tłumaczeniowo także inne tomy z cyklu o Anne, w tym Rillę ze Złotego Brzegu, tłumaczyła również prequel do Anne autorstwa Budge Wilson.
[2] Ben Franklin Stahl (ur. 1932, zm. 15.06.2024), amerykański ilustrator i malarz. W 1987 roku otrzymał zlecenia od wydawnictwa Bantam-Seal na stworzenie ilustracji, które miałyby zdobić powieści Lucy Maud Montgomery. Doprowadziło to do przeprowadzki Stahla w 1990 na Wyspę Księcia Edwarda. W 2008 r. jeden z jego wizerunków Anne Shirley został reprodukowany jako znaczek pocztowy*. Zob. galerię ilustracji artysty.
Alternatywna okładka The Blue Castle namalowana przez Ben F. Stahla w 1988.
[wszystkie powyższe skany zrobione i wyczyszczone przeze mnie]
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Blurp:Język angielski. Poziom B2
Lubisz czytać dobre powieści a jednocześnie chcesz doskonalić swój angielski?
Mamy dla Ciebie idealne połączenie!
Klasyka literatury światowej w wersji do nauki języka angielskiego.
CZYTAJ – SŁUCHAJ – ĆWICZ
CZYTAJ – dzięki oryginalnemu angielskiemu tekstowi powieści The Blue Castle przyswajasz nowe słówka, uczysz się ich zastosowania w zdaniach i poszerzasz słownictwo. Wciągająca fabuła książki sprawi, że nie będziesz mógł się oderwać od lektury, co zapewni regularność nauki.
Czytanie tekstów po angielsku to najlepsza metoda nauki angielskiego.
SŁUCHAJ – pobierz bezpłatne nagranie oryginalnego tekstu The Blue Castle dostępne na poltext.pl/pobierz. Czytaj jednocześnie słuchając nagrania i utrwalaj wymowę.
ĆWICZ – do każdego rozdziału powieści przygotowane zostały specjalne dodatki i ćwiczenia:
• na marginesach stron znajdziesz minisłownik i objaśnienia trudniejszych wyrazów;
• w części O słowach poszerzysz słownictwo z danej dziedziny, a w części gramatycznej poznasz struktury i zagadnienia językowe;
• dzięki zamieszczonym na końcu rozdziału testom i różnorodnym ćwiczeniom sprawdzisz rozumienie przeczytanego tekstu;
• odpowiedzi do wszystkich zadań zamkniętych znajdziesz w kluczu na końcu książki.
Przekonaj się, że nauka języka obcego może być przyjemnością, której nie sposób się oprzeć.
Marta Fihel – anglistka, nauczycielka z wieloletnim stażem. Współautorka słowników i książek do nauki języka angielskiego, w tym bestsellerowej serii Angielski dla leniwych.
Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak – wykładowca w Akademii Leona Koźmińskiego, pracował jako tłumacz agencyjny i książkowy, współautor kilkunastu podręczników do nauki języka angielskiego, twórca największego polskiego darmowego słownika internetowego ling.pl.
Grzegorz Komerski – absolwent filozofii i, tłumacz, współautor książek do nauki języka angielskiego.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Wypis z Urzędowego wykazu druków wydanych w Rzeczypospolitej Polskiej:
Zdjęcie kobiety w przedziale: Serg Zastavkin, Young woman in blue vintage dress late 19th century sitting in coupe of retro railway train, looking out the window and drinking tea, asset ID: 315902870, 13 września 2015, https://www.shutterstock.com/image-photo/young-woman-blue-vintage-dress-late-315902870. Zdjęcie jest jednym z wielu wykonanych tej modelce podczas sesji.