W tym wpisie chciałam zebrać książki, które może i nie są retellingami Błękitnego Zamku, ale pojawia się on w nich jako mrugnięcie dla czytelnika. O dziwo udało mi się tutaj zebrać więcej pozycji niż bym zakładała ;)
Są to książki polskich autorek i autorów, będące przedstawicielami różnych gatunków: obyczaj, romans, ale też kryminał, powieść psychologiczna czy historyczna.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Siedziała, czytając po raz tysięczny najlepsze i sprawdzone lekarstwo na chandrę – „Błękitny Zamek” i doszła do wniosku, że nie tak wiele lat dzieli ją do Joanny Sterling, dwudziestodziewięcioletniej starej panny. No, ale ona była chuda. Bo przecież nie ma książek o grubych. Są książki tylko o takich, co im się wydaje, że są grube. I jakby Milena była chuda, nie byłoby ryzyka staropanieństwa. Z pewnością.
Bridget Jones, phi, 60 kilogramów. Jakby ona ważyła 60 kilogramów, toby skakała pod niebo z radości. I te właśnie rozmyślania na temat staropanieństwa i tuszy przerwał jej Jacek, którego – o tym wprawdzie Milena nie – przed dwoma minutami z domu wypchnął Bachor, rozkazując by wreszcie dał Milaczkowi prezent, który zrobił. A raczej nagrał. Dokładniej mówiąc „spiracił”.
Magdalena Witkiewicz, Panny roztropne, Wydawnictwo SOL, Szczecin 2010, rozdz. Przez żołądek do serca.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Z rozrzewnieniem wspominam poczucie bezpiecznej izolacji w ramach granic narzuconych przez literaturę. Znam to z lat dziecinnych, kiedy największym szczęściem było zatopienie się w lekturze czytanych w kółko powieści w stylu Błękitny zamek, Trzej muszkieterowie albo kolejnych tomów Ani z Zielonego Wzgórza. Nawet gdy wspominam minione święta Bożego Narodzenia, jako szczęśliwe określiłabym jedynie te, kiedy niepokój wywołany zwykle w Wigilię zachowaniem Matki (brat znowu nie przyjechał, powiadamiając wszystkich ledwo kilka godzin przed planowanym przybyciem, kiedy stygły szykowane od wielu, wielu godzin potrawy, Matka padała z nóg i była tak wściekła i rozczarowana, że rzucała ścierą, paliła papierosa za papierosem i krzyczała, że następnych świąt na pewno już nie dożyje, co wprawiało mnie ‒ dziesięcioletnie dziecko ‒ w prawdziwy lęk i trwogę) zaleczałam jedzeniem pierogów w trakcie lektury powieści, które wyrządziły w mojej psychice wiele szkód, wpajając mi nierealne przekonania o miłości. Życie w offline też frustruje. Gdy wraca się do rzeczywistości, pozostaje tylko poczucie zmarnowanego czasu, pustka pozornych relacji, godzin, po których poza mailami bez znaczącej treści nie pozostanie nic ani w umyśle, ani na papierze.
Sylwia Zientek, Złudzenia, nerwice i sonaty, Wydawnictwo Prozami, Warszawa 2012, rozdz. Andżelika w biurze i offline.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Tylko... gdyby teraz mieszkała gdzie indziej, gdyby nie była zmuszona tkwić w tym podwałbrzyskim miasteczku, może nie czułaby się tak osaczona, tak czasami stłamszona, ograniczona. I geografią, i ludźmi, i matką, i Grześkiem, który chyba ciągle rościł sobie do niej prawa, a przecież od prawie dziesięciu lat był mężem Roksany, córki burmistrza. Czasami była taka zmęczona. Czasami chciała spakować małą walizkę, zabrać kilka ciuchów, kilka książek, w tym ulubiony i milion razy przeczytany „Błękitny zamek” L.M. Montgomery, i wyjechać z tego miasteczka. I nie żałować. I nigdy nie wracać. Oczywiście, nie było to takie proste, przecież miała tu pracę, uczniów, szkołę, którą naprawdę lubiła, i matkę, którą naprawdę kochała. I zdawała sobie sprawę, że zaczyna się zbliżać do pewnego wieku, który w tak eklektycznych społecznościach był postrzegany jako głębokie staropanieństwo. A na zmianę tego nie miała raczej żadnych perspektyw, bo większość mężczyzn była albo zajęta, albo się alkoholizowała (co często szło w parze), albo unikała jej jak zarazy, bo nikt nie chciał zadzierać z Grześkiem Czarniewskim. Miejscowym bossem, dobroczyńcą, włodarzem i chlebodawcą. Właścicielem dużej przetwórni warzyw, która zatrudniała większość mężczyzn z miasteczka. Monika starała się o tym nie myśleć i nie słuchać Sylwii, swej przyjaciółki jeszcze z lat szkolnych, która prowadziła zakład fryzjerski „U Sil”.
– Załóż sobie profil na jakimś portalu randkowym. Nie bądź taka zacofana, Moni – perorowała, a jednocześnie z wirtuozerią pasującą do dizajnerki fryzur cięła kasztanowe włosy Moniki. – Nie szukaj chłopa w tym naszym boskim city, bo szkoda czasu.
– Nie szukam chłopa nigdzie – odparła Monika z westchnieniem, bo wiedziała, że przyjaciółka tak łatwo nie odpuszcza.
– I to twój błąd. Nie wpakowałaś się w małżeństwo z tym idiotą i bardzo dobrze. Skończyłaś studia, jesteś ładna, masz czym oddychać...
– Sylwia, błagam...
– Nie błagaj. Masz czym oddychać, można z tobą pogadać na każdy temat, nie nadajesz się dla tych miejscowych buraków.
– Czasami myślę, że nie nadaję się do niczego.
– Ta, ta. Słuchaj swojej mamuśki, weź mnie nie załamuj. Cholera, że też dajesz się tak manipulować tej babie! Z całym szacunkiem, oczywiście.
Jakoś tego szacunku w tonie głosu przyjaciółki Monika nie słyszała, ale nic nie powiedziała.
– Jestem zmęczona, czuję się, jakbym miała sześćdziesiątkę na karku.
– Chodź, pojedziemy w weekend do Wałbrzycha. Zostawię dzieci z mamą, bo na Marcina raczej liczyć nie mogę, pójdziemy gdzieś do klubu, pobawimy się, poflirtujesz, już ja cię dopilnuję. – Sylwia zaczynała się nakręcać.
– Zastanowię się...
Tak, Monika zawsze się „zastanawiała”, a trwało to tak długo, że nigdy do żadnego wyjazdu na dyskotekę, „balety”, jak mówiła Sylwia, nie doszło. Tak naprawdę Monika wolała się zamknąć w swoim pokoju, puścić płytę Dido i czytać. A potem śnić o tym, że kiedyś... gdzieś... może... może znajdzie się ktoś, kto ją pokocha. I kogo ona także obdarzy uczuciem. I będzie to takie czyste, mocne, prawdziwe i nieokiełznane. Chciała czegoś innego, czegoś cudownego. Chciała fajerwerków, a nie robionej na kolanie saletry. Ale... w tej chwili, w sytuacji, w jakiej się znajdowała, było to tak odległe, jak historie, które pochłaniała. Była całkiem tak jak Joanna z „Błękitnego zamku”. Uwięziona. W świecie zawistnym, wścibskim i takim prostym... Za prostym.
[...]
W nocy Monika nie mogła spać. Wciąż myślała o minionym dniu. Czuła ogromny zamęt, obawę, a nawet strach. Jarek pojawił się w jej życiu zaledwie sekundę temu, a już czuła, że od tej pory nic nie będzie takie samo. Była pełna obaw, a jednocześnie miała wrażenie, jakby dopiero rozstąpiły się nad nią chmury i ujrzała przejrzystość powietrza. Miała siłę i ochotę, aby nabrać je w płuca. To tak, jakby do tej pory się dusiła. Jakby żyła w ciasnym kokonie, bez dostępu do światła, do tlenu, otoczona ścianami, otoczona innymi kokonami.
Pewnie tak czuła się Joanna Stirling, gdy poznała tajemniczego outsidera, Eddiego Snaitha. Jakby w jej życiu nagle zaświeciło słońce. Ona, Monika, też poznała dziwnego odludka, pełnego sekretów i niedopowiedzeń. I może to w nim ją pociągało? A może to, że przy nim czuła się wolna i nieskrępowana? To spadło na nią zupełnie nieoczekiwanie, bała się, a jednocześnie pragnęła wniknąć głębiej, mocniej. Poczuć wreszcie całą sobą. Miała trzydzieści lat, a czuła się na sześćdziesiąt. Czasami odnosiła wrażenie, że w jej matce jest więcej życia, zwłaszcza gdy spotykała się z Kosmalską i spędzała popołudnia na plotkach i analizowaniu poszczególnych seriali.
Agnieszka Lingas-Łoniewska, Łatwopalni, Wydawnictwo Filia, Warszawa 2013, rozdz. 1, 4.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Pierwszego listopada w teatrze oprócz nich byli tylko pracownicy ochrony, którzy siedzieli w stróżówce na parterze i co dwie godziny wychodzili na pobieżne patrole.
Natalia krytycznie oceniła stan ubrania Kuby i zaprowadziła go do rekwizytorni na trzecim piętrze. Główne drzwi były zamknięte na solidny zamek, ale do środka można się było dostać okrężną drogą, przez magazyn środków czystości. Natalia przekręciła ebonitowy kontakt, pamiętający lata sześćdziesiąte, a Kuba aż krzyknął z zachwytu. Wokół stały długie rzędy wieszaków, przywodzące na myśl dziewiętnastowieczny lumpeks. Księżniczka czardasza, Wesoła wdówka, Człowiek z La Manchy, Sztukmistrz z Lublina, Zemsta nietoperza — Kuba szedł między stojakami, czytając pożółkłe kartki na frontach. Roziskrzonymi oczami wpatrywał się w zalatujące naftaliną fraki, surduty, cylindry i mundury z miedzianymi orderami. Błękitny zamek, Carmen, Madame Butterfly, Orfeusz w piekle... Widać zmieniły się czasy, bo teraz tytułów przedstawień nie pisano już ręcznie, tylko na komputerze, a potem drukowano na perforowanym papierze za pomocą drukarki igłowej. Komputerowe wydruki z lat dziewięćdziesiątych zdecydowanie gorzej zniosły próbę czasu niż wyrwane z zeszytu w linie i zapisane kaligraficznie pismem kartki z poprzedniej epoki.
Seriusz Pinkwart, Klub racjonalistek, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2013, s. 290-291.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Przeczesał dłonią kruczoczarną czuprynę. Dziewczyna pokręciła głową ze śmiechem. – Edi jestem!
– Ciri!
Mężczyzna ujął jej dłoń i ucałował.
– Och, jak ta z „Wiedźmina”? – Uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Tak, ale naprawdę mam na imię Celina.
– Pięknie!
– „Edi”? – Dziewczyna spojrzała na niego pytająco.
– Edward… – skrzywił się.
– Och, cudownie! – zawołała z zachwytem. – Czyżby twoja mama lubiła „Rozważną i romantyczną”? A może „Błękitny zamek”?
– Brawo! Trafiłaś w dziesiątkę! – Roześmiał się. – Jedno i drugie!
– Wspaniale! Czy masz siostry o imieniu Marianna i Eleonora? – zażartowała.
– Cóż… wiem, że to bardzo przewidywalne, ale… niestety tak…
– Nie żartuj! – Mężczyzna patrzył jednak na nią poważnie. – Genialnie! Już uwielbiam twoją mamę!
– Cieszę się, bo w rodzinie twierdzą, że jest stuknięta! Ale moje siostry lubią swoje imiona i uważają je za bardzo romantyczne.
– A ja się z nimi zgadzam! – odparła Ciri z entuzjazmem.
Edward przez chwilę patrzył na nią w trudny do określenia sposób.
– W takim razie ucieszy cię wiadomość, że moje trzy pozostałe siostry to Elżbieta, Małgorzata i Joanna.
Justyna Adamów-Bielkowicz, Porozmawiaj z księżycem, Novae Res, Gdynia 2014, rozdz. 52.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Stolik stał w rogu wielkiej sali, za dużą kolumną. Odgrodzony był od reszty świata półką ze starymi książkami. Jadwiga uśmiechnęła się, spoglądając na nie. Była wśród przyjaciół.
Grzbiety były zadrukowane dobrze znanymi jej tytułami. Błękitny Zamek Lucy Maud Montgomery, a zaraz obok Zamek Ella Hilary Norman.
– Piękna książka. – Wyjęła Błękitny Zamek. – Czytałeś?
– A powinienem?
– Nie wiem. To klasyka. Ale to kobieca lektura.
– O czym?
– O tym, o czym kobiety chyba najbardziej lubią czytać. O miłości. I to na dodatek o miłości, która w zasadzie nie mogła się wydarzyć. Cudowna książka. Dająca nadzieję. Muszę koniecznie do niej powrócić.
– Wracasz do książek?
– Jasne. Bardzo często. Do Błękitnego Zamku kilkanaście razy. Kiedyś częściej. Teraz o niej zapomniałam... A chyba powinnam znów przeczytać...
– Potrzebujesz nadziei?
– A kto nie potrzebuje? – zapytała Jadwiga.
Andrzej milczał. Przypatrywał się jej zza migocącego płomienia świeczki.
– Chyba każdy...
Magdalena Witkiewicz, Pensjonat marzeń, Wydawnictwo Filia, Poznań 2014, s. 46-47.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
– A przecież – kontynuowała Joanna – zrobienie dla siebie czegoś, co nie zaszkodzi innym, co nie odbędzie się ich kosztem, nie jest złe! Coś ci powiem. – Przysunęła się bliżej. – Wiesz, kiedy mi się najbardziej podobałaś? W Błękitnym Kuferku. Tak, właśnie tam. Uśmiech nie schodził ci z twarzy, widać było, że jesteś szczęśliwa, że cię to cieszyło. Lubiłaś tę pracę, prawda?
Magdalena automatycznie skinęła głową.
– Właśnie! To było coś, co cię cieszyło, dawało radochę, a jednocześnie nikogo tym nie krzywdziłaś. Bo dziecko było zadbane, bezpieczne w przedszkolu, a męża też nie bolało, skoro w domu miał wszystko, jak chciał. Więc byłaś tam, w miejscu, które lubiłaś, szczęśliwa. Czy to nie dowód, że warto zająć się sobą?
– Szymon nie wiedział o mojej pracy w pasmanterii.
Joanna spojrzała z niedowierzaniem i zamilkła na długą chwilę. Zajrzała do pustej filiżanki, obróciła ją w rękach i odstawiła.
– Czytałaś Błękitny zamek? Pamiętasz, co pisał John Foster? „Strach to grzech pierwotny”. Przestań się bać, ZACZNIJ ŻYĆ. Wiesz, bardzo kocham mojego syna, męża. Ale czasem mam ochotę wyjść gdzieś bez nich. Żeby nie myśleć o zabawie, karmieniu, pielęgnacji, świeżym powietrzu czy niezbędnych spacerach. Albo żeby pójść na spacer, ale własnym tempem, bez wołania i uważania. Póki Pawełek był wyłącznie na piersi, nosiłam go w zębach, jak to określała moja babcia. Ale kiedy tylko przestałam być niezbędna, zaczęłam szukać miejsca tylko dla siebie.
Agnieszka Gil, Układ nerwowy, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2014, s. 307-308.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Wspólnymi siłami udało nam się zebrać sporo pozycji. Do naszego lokalnego odłamu akcji dołączył się nawet antykwariusz Kraszewski i… Irenka. Ta ostatnia przyszła do nas któregoś wieczoru, już nie pod dom, ale zwyczajnie zapukała do drzwi, i położyła na progu wielką torbę z Ikei. Była zdyszana, ale bardzo z siebie dumna. I choć nie przyniosła książek polskich autorów, ja również poczułam dumę.
– Lucy Maud Montgomery – sapnęła. – Wszystkie tomy Ani z Zielonego Wzgórza i jeszcze Błękitny zamek, Dzban ciotki Becky, Dziewczę z sadu. Już z nich wyrosłam. Teraz czytam Jane Austen i George Elliot – dodała.
Miała na sobie czerwony płaszczyk dopasowany w talii i mały kapelusz z wywiniętym rondem. Poczułam się niewyraźnie w swoim dresie. Za moimi plecami stanął Daniel. Zaczął się jąkać, ale zrozumiałam z tego, że chciałby zaprosić Irenkę do środka. Jak ona miałaby to zrozumieć, jeśli ja ledwo rozumiałam? Ciągle trochę się na mnie gniewał, uważał, że powinnam powiedzieć mu o pomyśle zaniesienia ciasta Nastce. Tak naprawdę chyba mi zazdrościł spotkania z Aliną.
Obejrzałam się przez ramię. Daniel przestał się jąkać.
– Pani Irena przyniosła książki na akcję. Wniesiesz je do środka?
Irenka otworzyła szeroko oczy.
– Pani Irena? – zapytała ze zdziwieniem.
Oczywiście, miała prawo być zaskoczona. To ja musiałam się odnaleźć.
– Irenka przyniosła – poprawiłam się. – Bardzo dziękujemy.
Musiała codziennie oglądać swoją twarz w lustrze i widzieć, że nie jest to twarz dziecka. Co myślała w takich chwilach? Miała ciało starzejącej się kobiety, ale czuła się dzieckiem, nosiła kolorowe ubrania i czytała Lucy Maud Montgomery. To znaczy – teraz już Jane Austen. To wszystko nie mogło być dla niej proste, nawet jeśli na każdą sytuację reagowała z dziecięcą naiwnością.
Magdalena Knedler, Historia Adeli, Novae Res, Gdynia 2017, rozdz. 35. Książka dla Rodaka, wibrafon i Bóg z internetu.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
– A wiesz, Irka, czasem to tak sobie myślę, że on jest jakiś smutny. Takie coś ma w oczach.
– Może i smutny, ale nic mu nie stoi na przeszkodzie, żeby się zachowywał jak człowiek, a nie niczym dziki zwierz z puszczy. Ludzi tylko straszy. Naprawdę tak trudno zagadać, uśmiechnąć się chociaż? No, powiedz sama, Heluniu…
– Święte słowa, nie mówmy już o nim, nie ma co po próżnicy. Coś długo Zośka nie wraca… noc już – westchnęła Helenka i sięgnęła po książkę, którą właśnie czytała. Błękitny zamek się nazywała, śliczny tytuł. Irka kupiła ją wczoraj w antykwariacie Kubickiego* na Hożej. Bardzo ta powieść była ciekawa, Helenka oderwać się od niej nie mogła.
*Autentyczny antykwariat, jeden z pierwszych po wojnie. Istnieje do dzisiaj.
Manula Kalicka, Koniec i początek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, s. 243.
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
Zbiegła na parter, zapaliła światło w salonie i podeszła do regałów z książkami. Autobiografię Agathy Christie znalazła bez problemu – dwutomowe wydanie zamykało kolekcję książek Christie wydawnictwa Hachette, która zajmowała dwie półki. Wzięła pierwszy tom i zaczęła szukać dalej.
Co do grosza wypatrzyła na najwyższej półce, wśród ukochanych książek, do których czasami wracała. Miała kilkadziesiąt takich tytułów: Siesicka, Musierowicz, seria książek o Ani z Zielonego Wzgórza i Błękitny zamek – również autorstwa Montgomery – Przeminęło z wiatrem, kryminały Chandlera i Joe Alexa, Durrell, Herriot i Co do grosza właśnie.
Uzbrojona w tytuły, które przed zniknięciem czytała Banach, wróciła na górę. Co jej szkodzi je przejrzeć? I tak nie miały innego tropu…
Katarzyna Gacek, Gra pozorów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, rozdz. 17.
%20etc.)%20(z-library.sk,%201lib.sk,%20z-lib.sk)-1.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz