Siedzę sobie obecnie w moim pokoiku i walczę z temperaturami za pomocą wiatraka. Cieszę się, że właściwie ominął mnie szczyt tejże fali upałów – i to tylko dlatego, że byłam całkowicie po drugiej stronie globu. Dowody na to, że zeszłe półtora tygodnia nie było halucynacjami wywołanymi gorączką, są drobne, ale namacalne: buteleczka z czerwoną ziemią, torba pełna ulotek i kartek do rozdania, kostki pokąsane przez komary z Lovers Lane (co było bardzo nieromantyczne z ich strony).
 |
| Ja na tle Silver Bushu... jak nierealnie nadal to brzmi. |
Ponieważ (chciałabym powiedzieć jakimś cudem, ale nie będę aż tak bardzo odbierać sobie sprawczości): dzięki paru zrządzeniom losu, wielu ludziom dobrej woli i ogromie pracy z mojej własnej strony miałam możliwość odwiedzić Wyspę Księcia Edwarda. I to jeszcze w roli badaczki, jako Montgomery scholar z prawdziwego zdarzenia!
 |
| Nie wyolbrzymiałam z tą ziemią, to był jeden z moich ważniejszych side questów: wykopać jej sobie troszkę. |
Ale zanim trafiłam do Charlottetown...
Gdybym w 2016 roku powiedziała trzynastoletniej Paulinie, że ebook, który pobrała znudzona jazdą na stok narciarski, będzie nieoczekiwanym preludium pięknej przygody... Nie mam pojęcia, co by zrobiła z tą informacją. Pewnie by się przestraszyła, to by było bardzo prawdopodobne. Albo już wtedy zaczęłaby kolekcjonować fizyczne wydania, co oszczędziłoby mi później wielu godzin spędzonych na Vinted i OLX.
Ponieważ aż do 2021 jedynymi książkami Lucy Maud Montgomery jakie mam na półce są Anie od Naszej Księgarni, z kultowymi okładkami Krystyny Michałowskiej w okienku. W lipcu pomiędzy drugą a trzecią klasą liceum wpadam w montgomeriański szał – czytam wszystkie książki Maud, część już któryś raz, inne po raz pierwszym. The Blue Castle jest moją pierwszą powieścią przeczytaną w całości po angielsku. Łapię jeszcze większego bakcyla. Odkrywam bloga Agnieszki Maruszewskiej Pokrewne Dusze. Trafiam na Kierunek Avonlea prowadzony przez Bernadetę Milewski. Zakładam swoją ciągle rozrastającą się kolekcję książek autorstwa i o Maud. Wchodzenie na serwisy sprzedażowe to jak wyprawa na polowanie: oczy szeroko otwarte, BLIK gotowy i szukanie najlepszych okazji za jak najmniejsze pieniądze, aby mój wewnętrzny Sknerus McKwacz również się radował. Październik 2022. Zaczynam studia. Polonistyka na Uniwersytecie Warszawskim. Po prostu bajka. Zaczynam pisać prace zaliczeniowe na zajęcia o Montgomery, w końcu znajduję konstruktywny upust dla wszystkich refleksji kiszących się w mojej głowie. Dwa lata mijają jak z bicza trzasnął, trzeba wybierać temat pisania licencjatu. W rozkroku między księciem Józefem Poniatowskim i jego przedstawieniu w mandze shoujo Aż do nieba a ostatecznym rozprawieniem się z tym, w jaki sposób pierwszy tłumacz potraktował Błękitny Zamek, decyduję się na drugi temat. Chociaż do liryki mang shoujo mam nadzieję jeszcze kiedyś powrócić.
Tworzę tabele rozdziałów, liczę słowa usunięte i dodane, praktycznie siedzę z lupą nad książką a potem równie dokładnie staram się dokopać do jakichkolwiek informacji związanych z tłumaczem i pierwszymi wydawcami. Okropne szczególarstwo, ale lubię dostawać od innych ludzi konkrety, także sama też czuję się w obowiązku konkret przedstawić. Licencjat wychodzi poza górny limit znaków przewidziany przez uniwersytet, ma ponad 60 stron. Gdyby nie prowadzenie ze strony mojej promotorki, doktor Agnieszki Szurek, na pewno nie byłby tak dopracowany i nie opierałby się na metodzie porównawczej Jana Van Coilliego, którą bardzo polubiłam. A gdyby nie moja niezastąpiona recenzentka, doktor Anna Czernow, nigdy nawet bym nie pomyślała o zgłoszeniu się na tą konferencję, odbywającą się na tej wyspie.
Także bronię się, zdaję, w euforii otrzymuję tytuł zawodowy licencjatki i gdzieś pomiędzy tym a aplikowaniem na magistra tworzę abstrakt. Co się najgorszego może stać? Mogą go nie przyjąć i tyle, detalami dotyczącymi ewentualnego transportu na PEI nie ma co się teraz martwić, samo zgłoszenie to już coś. Po trzech miesiącach odpisują, że się zakwalifikowałam. Że chcą mnie na wyspie. Tej wyspie. A ja się boję latać!
Inaczej: nigdy nie latałam. Ale lęk wysokości i choroba lokomocyjna wydawałoby się będą wykluczać ten środek transportu. W krótkim momencie zwątpienia sprawdzałam nawet, czy może na PEI dopływa jakiś prom (nie żebym miała jakiekolwiek doświadczenie z tym środkiem transportu również, ale wydawał się jakiś bardziej... przyziemny). Otóż nie, nic nie pływa. No trudno, positivum (które raz wzięłam) i aviomarin (bez którego ostatecznie się obeszło) musiały jakoś załatwić sprawę.
Cała eskapada nie byłaby możliwa bez wsparcia finansowego ze strony UW, w ramach programu promującego mobilność studentów (i pani Marty Jaworek, która dyryguje wszystkimi papierami z nim związanym na polonie!). Stypendium pokryło największe wydatki w postaci kwatery i lotów, czyli 2/3 wszystkich poniesionych przeze mnie kosztów. Jeśli czyta to jakiś student, któremu marzy się zagraniczny wyjazd – wyciągnij ręce po te pieniądze! Erasmus nie jest jedyną okazją do zwiedzania świata podczas studiowania. Jestem żywym przykładem na to, że krótkoterminowe mobilności naukowe też mogą być czymś absolutnie wielkim!
I w ten sposób nagle z października 2025 zrobił się czerwiec 2026. I trzeba było lecieć.
 |
| Fragment programu konferencji. Miałam podwójne szczęście, ponieważ dzieliłam sesję z Anią i byłyśmy na niej tylko we dwie, także odpadła wszelka presja związana z czasem prezentacji. I była masa czasu na ciekawe pytania od słuchaczy! |
Naukowa część konferencji --
Tytuł mojego wystąpienia brzmiał: Castle of Two Architects: An Analysis of Translation Choices Made in the First Polish Translation of The Blue Castle. Trochę długawy, ale dało radę. Był to wybór najciekawszych przykładów, które omówiłam w licencjacie. Oczywiście z największym zdziwieniem została przyjęta zmiana imienia Valancy na Joanna, chociaż dopisany przez Karola B. żart o zabiciu Kaina przez Abla również wywołał żywe reakcje na widowni. Z uwagi na hybrydowy charakter konferencji wszystkie wystąpienia były nagrywane i archiwizowane, ale nie mam obecnie w sobie tyle zapału, aby się z sobą skonfrontować. Wszyscy mówili, że poszło dobrze, także im wierzę! |
| Zdjęcie zrobiła Michalina Wesołowska <3 |
 |
| Zdjęcie zrobiła Ewa Rajewska <3 |
Oprócz tego były jeszcze dwa całe panele poświęcone Błękitnemu Zamkowi. Fizycznie byłam na jednym i nie mogę się doczekać odsłuchania drugiego.
-- i wszystkie inne
Nie żebym miała miała wielkie pole do porównywania, była to moja trzecia konferencja naukowa, ale ta była jakby najbardziej podszyta fandomem. Korytarz po którym się poruszaliśmy przechodząc z sali do sali był wypełniony stołami wystawców sprzedających swoje printy, pocztówki, szeroko pojęty merch. Również książki, nie tylko naukowe, ale także powieści (można było dorwać pierwsze edycje książek Maud!). Część gości także bardziej pasowała do tej kategorii, jak np. super dziewczyny z podcastu Kindred Spirits Book Club czy jedna z keynote speakerek – Megan Follows we własnej osobie.  |
| W lewym górnym rogu można zauważyć polski akcent na jej prezentacji, czyli okładkę Ani z Zielonego Wzgórza od Naszej Księgarni. |
Po oficjalnej części konferencji odbył się bus tour po wyspie. Odwiedziliśmy Anne of Green Gables Museum, inaczej nazywane po prostu Silver Bush, dawną farmę rodziny Cambellów, którą Maud regularnie odwiedzała jako dziecko a później młoda kobieta. Stamtąd można było również obejrzeć Jezioro Lśniących Wód! |
| Na wystawie znajdowało się na przykład takie niecodzienne zdjęcie Maud w kolorze, kiedy miała na sobie chyba kimono albo sukienkę nim inspirowaną? |
 |
| Polskie edycje Ani były chyba we wszystkich odwiedzanych przez nas miejscach: tutaj jest to pierwsze powojenne wydanie Ani z Zielonego Wzgórza ofiarowane muzeum przez Agnieszkę Maruszewską. Fot. Anna Czernow. |
Następnie pojechaliśmy do Lucy Maud Montgomery Birthplace. Jest to malutki domek, w którym (jak sama nazwa wskazuje) urodziła się Montgomery. Na miejscu można było oglądać tworzone przez Maud scrapbooki, chociaż na mnie największe wrażenie zrobiła replika sukni ślubnej. |
| Jest to naprawdę piękny kawałek historii mody. Nigdy nie myślałam o Montgomery jako o fashionistce (chociaż retrospektywnie widzę, że były znaki), ale teraz to się na pewno zmieniło. I widząc tą suknie na manekinie można było zobaczyć, jaka ona była drobniutka! |
 |
| A takiej gratki się w ogóle nie spodziewałam: jest to plakat spektaklu The Blue Castle: A Musical Love Story, który dotychczas widziałam w internecie jedynie w bardzo niskiej jakości. Teraz mogłam mu się przyjrzeć nad wyraz dokładnie i obfotografować! |
 |
| Zobaczenie The Blue Castle, choćby przez szybę, to zawsze przyjemność <3 |
Z tamtego miejsca zostaliśmy przewiezienie do Lucy Maud Montgomery's Cavendish House. To w nim Maud mieszkała razem z dziadkami aż do swojego zamążpójścia. Otoczony jest pięknym ogrodem a przez pola można dojść do Montgomery Park i strzelić sobie fotkę z pomnikiem Maud.  |
| Fundamenty domu dziadków Montgomery. |
 |
| Poprzednie dni na wyspie były pochmurne i pełne deszczu, ale akurat w niedzielę nastąpiła poprawa pogody, dzięki czemu pomnik naprawdę wyglądał tak, jakby Montgomery wyciągała twarz ku słońcu. Fot. Nick Sansone. |
 |
| Przejeżdżaliśmy obok cmentarza, na którym pochowano Maud. |
Ostatnim przystankiem było Green Gables Heritage Place. W jego granicach znajduje się Green Gables Visitor Centre, w którym można obejrzeć wystawę na temat życia Maud oraz zerknąć na galerię międzynarodowych okładek AoGG albo odwiedzić absolutnie ogromny punkt z pamiątkami. A za nim dopiero jest właściwe Green Gables. W którym jeden z pokoi wystylizowany jest na pokoik Ani, z suknią z bufiastymi rękawami i wszystkim. A piec znajdujący się na parterze jest prawie taki sam, jak ten, który Maud otrzymała w prezencie ślubnym. Oprócz tego na terenie znajdują się dwie piękne trasy spacerowe: Lovers Lane oraz Haunted Wood Trail.  |
| Maszyna do pisania na której być może powstała Anne of Green Gables. |
 |
| Mówiłam, że wszędzie można było znaleźć polskie okładki: tym razem z ilustracją Bogdana Zieleńca. |
 |
| "Czy to nie cudowne, kiedy nasze wyobrażenia stają się rzeczywistością?"[1] O tak Aniu, jest to coś niewyobrażalnego! |
 |
| Fragment pokoju Ani. Te bufki! |
 |
| Rzut na Green Gables. |
Miałam również szczęście obejrzeć oba aniowe musicale: preview Anne of Green Gables w Confederation Centre of Arts oraz Anne & Gilbert, pokrywający drugą i trzecią książkę z cyklu, we Florence Simmons Performance Hall. One być może doczekają się osobnych wpisów, ponieważ porównanie AoGG z ROM-y i tej wyspiarskiej uważam za bardzo ciekawe a A&G jest po prostu unikatową perełką, będącą ucieleśnieniem tylu fanfickowych rozwiązań, ile tylko scenariusz był w stanie pomieścić. |
| AoGG na wyspie grane jest przez ogromny zespół! Ukłony z 25.06.2026. |
 |
| Chyba jest to scena większa nawet od romowskiej Dużej Sceny, ponadto jest bardzo głęboka. A widownia jest dwupiętrowa. |
 |
| Anne & Gilbert w porównaniu jest produkcją graną w malutkiej przestrzeni, gdzie siedząc w pierwszym rzędzie mogłam prawie dotykać aktorów. |
 |
| Co nie wpływa na to, że bawiłam się genialnie! Ukłony z 26.06.2026. |
A ta przyroda!!
Nie jestem wielką entuzjastką flory, na koncie mam o wiele za dużo zabitych roślin... Ale krajobrazy na PEI są po prostu piękne. I gdyby nie czerwona ziemia: swojsko wyglądające dla Polaków. Dziki łubin najbardziej odstaje w tej wizji.
 |
| A Silver Bush zamieszkuje kot, który jak na moje oko (pół-żartem, pół-serio) został spolonizowany przez turystów, ponieważ o wiele chętniej reagował na kicikici aniżeli pspspsss. Reakcją przewodniczki na to, że wśród przybyłej grupy są Polacy było pełne zrozumienia "Poland, of course!", a więc pewnie często mają tam z nami do czynienia. |
Tak jak dla Ani wyprawa do domu panny Barry była epoką, tak i dla mnie te transkontynentalne wojaże wydają się czymś niesamowitym. Poznałam masę genialnym, przemiłych, fascynujących osób. Byłam w stanie w większości sama ogarnąć wszelką logistykę, także chyba już żadna wyprawa po kraju nie będzie napawać mnie niepokojem. Przynajmniej chcę, aby tak było. Bardzo chciałabym mieć szansę tam wrócić, choćby jeszcze raz, i zobaczyć to wszystko, na co tym razem nie było czasu albo przeleciałam wzrokiem w biegu. Podczas bankietu nowo wybrana Visiting Scholar, Melanie J. Fishbane, ogłosiła temat 18. edycji konferencji: L.M. Montgomery and Love.
Może ty, Czytelniku, również spróbujesz się zgłosić :)?
⋆⁺₊⋆ ━━━━⊱༒︎ • ༒︎⊰━━━━ ⋆⁺₊⋆
[1] Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza, tłum. Maria Borzobohata-Sawicka, wyd. Wilga, Warszawa 2023, s. 24.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz